"Hanoi Jane"

Jak sięgnąć pamięcią wstecz, w Ameryce zawsze organizowano swojego rodzaju listy ludzi wybitnych, szczególnie zasłużonych, dysponujących wielkimi rezerwami gotówki, z jakiegoś powodu niezwykłymi itd. Trzeba też przyznać, że w ciągu ostatnich kilkunastu lat listy te stają się coraz bardziej kuriozalne, szczególnie w zakresie ludzi wybitnych. Chodzi mi tu mianowicie o zjawisko przemilczania autentycznych osobowości a na ich miejsce delegowanie zwykłych śmieci. Jako przykład można śmiało podać prezydenta Ronalda Reagana, w tej chwili objętego zmową milczenia (jedyne informacje dotyczące tego wybitnego prezydenta USA dotyczą jego choroby, zespołu Alzheimera) oraz Billa Clintona. Ten ostatni jest stale obecny w światowych przekaziorach, choć jako powód do sławy może tylko podać to, iż publicznie rozpatrywano kształt jego penisa oraz że warszawska ulica nie mówi już “miłość francuska” tylko “robienie Clintona”. Oczywiście można dorzucić do tego kilka innych spraw, takich jak kolejne podniesienie kłamstwa na ołtarze Politycznej Poprawności, świadome zaniżanie amerykańskiej edukacji publicznej, sprzedaż nowoczesnej myśli technicznej do Chin itd. ale w dalszym ciągu są to tylko i wyłącznie negatywy.

Mówiąc o wynoszeniu śmieci na ołtarze Politycznej Poprawności nie sposób pominąć niejakiej Jane Fondy, która była swego czasu popularną aktorką, pieszczoszką Hollywood i jego właścicieli. Otóż ktoś, jak zwykle w USA, rzucił hasło skompletowania listy 100 najwybitniejszych kobiet amerykańskich ostatniego stulecia i pomysł ten natychmiast chwycił, stając się przedmiotem dyskusji milionów ludzi. Na liście kandydatek pojawiło się też nazwisko Jane Fondy, skądinąd znanej jako “Hanoi Jane”. Niedługo potem, podziemny świat Politycznej Niepoprawności obiegła informacja o tym, skąd się wzięło to przezwisko J. Fondy.

Jako jeden z pierwszych zareagował Jerry Driscoll “River Rat”, w czasie wojny w Wietnamie pilot myśliwca F-4E. Strącony nad terytorium wroga, ratował się katapultowaniem z płonącego samolotu i w rezultacie trafił do jednego z wielu obozów koncentracyjnych Północnego Wietnamu. Właśnie tam, któregoś dnia wyciągnięto go na wpół żywego ze śmierdzącego dołu, nakarmiono oraz ubrano w nowiuteńką pidżamę. Po kilku godzinach odpoczynku kazano mu stawić się przed wizytującą aktywistką światowego pokoju i opowiedzieć jej, jak bardzo jest on zadowolony z “pobłażliwego i ludzkiego” traktowania go przez komunistyczną władzę. Aktywistką tą okazała się być Jane Fonda. W odpowiedzi amerykański pilot tylko na nią splunął. W rezultacie nastąpiło nieludzkie bicie jeńca wojennego, w trakcie którego zbrukał on własną krwią buty komendanta obozu. Według słów samego Jerry Driscolla, spowodowało to wybuch nowej wściekłości i tłuczenie go drewnianą pałą. W rezultacie tego “ludzkiego” traktowania do dziś pułkownik Driscoll widzi podwójnie, co związane jest z poważnym uszkodzeniem części mózgu.

Innym amerykańskim oficerem, który zetknął się z “Hanoi Jane”w Wietnamie był Larry Carrigan. Niewiarygodne, ale przeżył on 6 lat w komunistycznym karcerze zwanym przez amerykańskich żołnierzy “Hilton”. Pułkownik Carrigan, podobnie jak Jerry Driscoll, wraz z grupą współtowarzyszy niedoli, został któregoś dnia wyciągnięty z jamy w ziemi na światło dzienne, w celu spotkania z “aktywistką” Jane Fonda. Oczyszczono ich z ekskrementów, kazano ogolić, pierwszy raz w niewoli pozwolono im najeść się do syta, szmaty zastąpiono nowym odzieniem i nikt ich tego dnia nie bił. Oznajmiono też, że spotkają się z “wybitną” przedstawicielką Ameryki. W tej sytuacji, sądząc, że całe to przedstawienie jest tylko farsą, wyreżyserowaną na użytek komunistów, jeńcy wojenni na kawałeczkach papieru spisali swe wojskowe numery rejestracyjne, poczym ukryli w zagłębieniach dłoni. Chodziło o to, by przekazać informacje o sobie do USA, gdzie uchodzili za “zaginionych w akcji” i nikt nie wiedział, włączając w to najbliższą rodzinę, czy są jeszcze żywi czy też nie. “Hanoi Jane”, na spotkaniu z więźniami, podawała każdemu rękę pytając jednocześnie czy “w końcu zrozumieli swą nikczemność” lub “czy jest im teraz przykro, że bombardowali wietnamskie wioski”. Korzystając z okazji, wszyscy żołnierze przekazali jej swój skrawek papieru, oddychając z ulgą kiedy Fonda, nawet okiem nie mrugnąwszy, wreszcie doszła do końca szeregu. Wtedy kamery przestały kręcić widowisko, zgasły światła i amerykańscy jeńcy nie mogli uwierzyć własnym oczom, kiedy “Hanoi Jane” z zimną krwią przekazała wszystkie karteczki z numerami komendantowi obozu. Szok nie trwał długo bo rozpoczęło się masakrowanie więźniów wojennych. Trzech amerykańskich żołnierzy zmarło w wyniku długotrwałego bicia. Larry Carrigana śmierć minęła o włos kiedy leżał w brudnym dole, nie mogąc nawet wstać w wyniku ciężkiego pobicia. Już po wyzwoleniu, w Ameryce, Larry próbował oskarżyć Jane Fonda o zdradę własnego kraju. Pomimo wielu prób, do dziś “Hanoi Jane” nie postawiono zarzutu nie tylko o spowodowania morderstw ale i zwykłej zdrady. Larry Carrigan tylko wspomina jaką satysfakcję odczuwał kiedyś, gdy w którejś z baz wojskowych na terenie USA poszedł do latryny. Tam każdy pisuar miał na ściance przyklejone zdjęcie J. Fondy. Jak sam mówił, jeszcze nigdy przedtem oddawanie moczu nie sprawiało mu takiej przyjemności.

Jeszcze innym Amerykaninem, który spotkał “Hanoi Jane”, był Wayne Taylor, dziś wybitny naukowiec na Uniwersytecie w Cheyenne. W 1968 roku został uwięziony przez Północnowietnamskie władze, choć był tylko cywilnym doradcą finansowym w Sajgonie. W rezultacie spędził ponad pięć lat w piekle, w tym 27 miesięcy w totalnym odosobnieniu i ciemności. Jemu też zaproponowano spotkanie z “Aktywistką” pytając, czy zgodzi się przed kamerami opowiedzieć o “niesłychanie ludzkim” traktowaniu go przez komunistyczny reżym. Wayne Taylor odparł że owszem, gotów jest powiedzieć jej całą prawdę o swym pobycie w północnowietnamskim obozie koncentracyjnym. Został za to skazany na trzy dni klęczenia na kamiennej posadzce, z metalowym prętem w dłoniach uniesionym nad głową. Kiedy ręce mdlały, służbowi Wietnamczycy okładali go bambusowymi pałami aż do czasu, kiedy metalowy pręt znów był w górze. No, ale dla Jane Fondy był on tylko “wojennym kryminalistą.” Do dziś Wayne Taylor nie ma najmniejszej wątpliwości, że J. Fonda powinna spędzić resztę swego życia w więzieniu, za zdradę własnego kraju bowiem wtedy, kiedy amerykańscy żołnierze próbowali powstrzymać “Imperium Zła” – ona namawiała ich do dezercji, nazywała wojennymi kryminalistami i kłamcami, kiedy chcieli powiedzieć jej prawdę. Nie robiło na niej najmniejszego wrażenia wymordowanie przez komunistów 80 tysięcy więźniów politycznych z Wietnamu Południowego. Ale nie zgodziła się też na publiczną dyskusję w amerykańskiej telewizji z jednym z oficerów, którego widziała w obozie koncentracyjnym i którego tak okrutnie zdradziła.

Obserwując zachowania ludzi takich jak “Hanoi Jane”, mnie osobiście do głowy zawsze przychodzi krótkie pytanie: “dlaczego”. Co kieruje takimi osobnikami, że tak łatwo zdradzają własny kraj. Przecież w wypadku J. Fondy nie pieniądze bo miała ich aż nadto zanim się sprzeniewierzyła. A zatem co powoduje, że ludzi są ślepi i głusi na prawdę, sprawiedliwość, honor, uczciwość, patriotyzm – jednym słowem: normalność.

Jak sądzę, J. Fonda nie różni się wiele od innej “bohaterki” światowego komunizmu, dziś również fetowanej jako osoba niezwykła a mianowicie Róża Luksemburg. Co prawda ona sama wolała, by jej imię pisać i wymawiać jako Rosa ale jest faktem, że urodziła się w Zamościu i wychowała na polskiej ziemi. A jednak całe życie poświęciła walce z Polską w imię internacjonalistycznego socjalizmu. Do jej głównych prac myślowych zalicza się dziś udowadnianie, że Polska nigdy nie powinna odzyskać niepodległości. Co kierowało takimi ludźmi, by tak otwarcie zdradzać swych dobroczyńców. By sprzeniewierzać się narodowi, który zapewniał im bezpieczną i dostatnią egzystencję.

Jeszcze innym elementem, kompletnie dla mnie niezrozumiałym w wypadku Jane Fondy i jej podobnym osobnikom, jest fakt, że choć zakochani w komunizmie to jednak żyli w kapitalizmie. I, jak się wydaje, żyli dostatnio, osobiście praktykując formy drapieżnego kapitalizmu. Jest w tym coś nie tylko haniebnego ale wręcz obrzydliwego by posilając się przy suto zastawionym stole tzw. “klasowego wyzysku” smarkać jednocześnie w wykrochmalony obrus.

Pamiętam, będąc kiedyś na “saksach” w Szwecji, spotkałem w firmowej stołówce pewnego osobnika, który twierdził, że pochodzi z któregoś z krajów Południowej Ameryki. Stosunkowo niewysoki z długimi, czarnymi jak smoła włosami i wielką, baniastą głową wbitą w ramiona, rozwodził się o swych dokonaniach w komunistycznej partyzantce. Kiedy w końcu mu przerwałem, zapytałem tylko, co robi w Szwecji, kraju jakby nie było na wskroś kapitalistycznym. I czy nie byłoby mu wygodniej w Rosji Sowieckiej. Przez chwilę gapił się na mnie z wybałuszonymi gałami a potem wybuchnął potokiem hiszpańskich czy też może portugalskich słów. Zaczął też wymachiwać mi przed nosem zaciśniętym kułakiem a piana to mu z pyska wręcz kipiała. Ja tam za bardzo strachliwy nie jestem, w związku z czym też się podniosłem i po warszawsku wyjaśniłem co myślę o profesji jego mamusi oraz skąd mu nogi za chwile powyrywam. Nie wiem co z tego zrozumiał ale za chwilę już go w stołówce nie było i następnego dnia już nie przyszedł do pracy. Niemniej do dziś nie wiem dlaczego dureń nie praktykował tego co sam we własnym kraju głosił. Tak samo jak nie jestem pewny, dlaczego “Hanoi Jane” nie przeniosła się na stałe do Północnego Wietnamu lub powiedzmy Hawany, jeśli już chciała być bliżej rodziny.

Chyba, że ma rację mój koleś, znany cynik i prześmiewca, który od dawna twierdzi, że komunizm nigdy nie był ruchem klasowym. Był on natomiast od początku akcją “sił potężnych a zarazem totalnie amoralnych”, które, jak się zdaje, wciąż mają się dobrze w związku z czym, niestety, nie było komunistycznej Norymbergii. Ale, jak twierdzi mój niepoprawny koleś, co się odwlecze to nie uciecze w związku z czym będzie raczej wisieć niż tonąć.

Zbyszek Koreywo

PS. Powyższy felieton powstał dzięki uprzejmości Tolka N. za co mu serdecznie dziękuję.

Wróć do spisu treści