Demokracja
na Zachodzie
Wytłumaczył mi to pewien lwowiak ponad trzydzieści lat temu. Według niego wyraz ten składa się z dwóch słów: demo(s) i kraty. Po grecku (a starożytna Grecja była ojczyzną demokracji) demos to obywatele czyli lud. A więc demokracja znaczy po prostu “człowiek za kratkami”.
Natomiast według “Słownika wyrazów obcych” Władysława Kopalińskiego, wydanego w Warszawie w 1988, demokracja to “władza ludu, społeczeństwa; ustrój polityczny, w którym władza należy do ludu”; z kolei “Podręczny słownik języka polskiego” M. Arcta z 1939 r. podaje, że demokracja to “gminowładztwo, ludowładztwo”.
Demokracja jest więc pojęciem całkowicie abstrakcyjnym. Bowiem nie było, nie ma i nigdy nie będzie na świecie państwa, w którym władza państwowa będzie naprawdę w rękach ludu.
Zrozumiało to bardzo dobrze chrześcijaństwo, które naucza, że każda władza nie pochodzi od ludu, a od Boga, dlatego wszyscy królowie byli nazywani przez Kościół “pomazańcami bożymi”. Królowie byli panami życia i śmierci nie tylko swoich poddanych ale i państw, którymi rządzili. Wiemy np., że król polski August II (1697-1733) knuł rozbiór Polski, którego na pewno nie życzyli sobie jego poddani.
Polska w okresie przedrozbiorowym (do 1795) była jedynym w Europie państwem, w którym panowała demokracja szlachecka. Dziesięć procent ludności kraju korzystało z praw dzisiejszej demokracji. August II próbował ustanowić także i w Polsce monarszą władzę absolutną, ale szlachta do tego nie dopuściła, zawiązując konfederację tarnogrodzką (1715-17).
Rządy wszystkich królów, poza polskimi, były prawdziwą tyranią. Jeśli piekło naprawdę istnieje, to chyba zostało stworzone głównie dla królów i polityków. Bo ani jedni ani drudzy w przygniatającej większości nie byli czy nie są demokratami i często “pieskie” życie większości ludzi na świecie to ich “zasługa”. To nie my, zwykli ludzie, a właśnie królowie i politycy byli sprawcami ponad 5000 wojen, które odnotowała historia ludzkości.
Tyrania królów zbrzydła Europejczykom i od rewolucji francuskiej (1789) po połowę XX w. historia odnotowała upadek wielu monarchii. Ludzie chcieli żyć w demokracji, o której dowiadywali się czytając starożytne dzieje Grecji.
Niestety, natura ludzka jest nie reformowalna. Pierwotne instynkty są w nas głęboko zakorzenione. Zło siedzi w nas od urodzenia, a dobra musimy się uczyć, z tym, że wielu z nas nie chce tego czynić. Dlatego - jak mówi stare przysłowie - człowiek człowiekowi jest wilkiem. Stąd prezydenci czy premierzy, którzy zastąpili królów bardzo często zabawiali się i zabawiają w tyrańskich królów. W myśl chyba każdej konstytucji świata zachodniego prezydent czy premier powinien sprawować władzę w imieniu ludu i dla ludu. Niestety, tak nie jest. Potwierdziła to ostatnia wojna z Irakiem. Ponad 80% Brytyjczyków i ok. 70% Australijczyków było przeciwnych udziałowi ich państw w nielegalnym podboju Iraku. Jednak tak premier brytyjski Anthony Blair jak i australijski John Howard zignorowali naszą wolę i posłali wojsko do Iraku.
Co więcej, prem. Howard
zignorował australijską konstytucję, której paragraf 68 mówi,
że na użycie wojska australijskiego do akcji zbrojnych poza Australią
musi wyrazić zgodę generalny-gubernator Australii; tymczasem decyzję
tę podjął na własną rękę prem. Howard.
Dlatego Helen Moore napisała w
“The Age” z 19 marca 2003: “...Australia is now being run by a
dictator”.
Z kolei Marilyn Shepherd w “The
Sunday Age” z 23 marca 2003 napisała: “...David Marr and Marian
Wilkinson’s book “Dark Victory” is a brilliant description of corruption
by politicians bent on imposing on the public, by any means, any lie or piece of
deception they can muster”.
Właśnie
takie postępowanie większości polityków dowodzi, że rządy
w wielu rzekomo demokratycznych krajach wcale nie są demokratyczne, a tylko
półdyktatorskie. Czyli że jesteśmy ciągle “ludźmi za
kratkami”, że rządzi się nie w naszym imieniu i dla nas a według
swego widzi mi się i zgodnie z interesami, bardzo często brudnymi, wpływowych
grup nacisku, które finansują kampanie wyborcze naszych partii, a
nierzadko przekupują polityków, co udowodniła przed laty Komsija Królewska,
badająca korupcję rządu stanowego Queensland. Dlatego
ile racji miał John Ferguson pisząc: “...it would appear none of the
parties are running the country but rather the corporate bodies giving the
gifts. The gifts were not given freely but in anticipation of favourable
government decisions. This action is certainly not one of a democratic
government” (“Gifts are not free” Herald Sun 17.1.2002).
Poza tym czy lub w jakim stopniu demokratycznym państwem jest Australia, gdzie obywateli zmusza się, pod groźbą kar pieniężnych, do brania udziału w wyborach? Podobny przymus istnieje jedynie w Belgii.
żeby była demokracja parlamentarna muszą być co najmniej dwie partie polityczne lub dwóch kandydatów na prezydenta czy premiera. Jest to wówczas najbardziej prymitywna demokracja parlamentarna.
W Australii obowiązują jednomandatowe okręgi wyborcze. Teoretycznie może dojść do tego, że w każdym okręgu wyborczym (minimum) 50,1% głosów może paść na kandydata np. Partii Liberalnej. W ten sposób w australijskim parlamencie wszyscy posłowie należeli by do Partii Liberalnej. Była by to władza monopartyjna, a więc dyktatura parlamentarna. Poza tym 49,9% obywateli nie posiadało by swoich reprezentantów w parlamencie.
W związku z tym, że mieszkam w stanowym i federalnym okręgu wyborczym, który od kilkudziesięciu lat jest w rękach kandydatów tej samej partii, mój głos się nie liczy i dlatego od ponad 20 lat nie biorę udziału w wyborach stanowych i federalnych. Aby nie płacić kar idę do lokalu wyborczego zarejestrować swą obecność i wychodzę. Nie jestem dzieckiem, aby w tak prymitywnych i pod przymusem zabawach brać udział.
Czy można nazwać wybory prezydenckie w USA demokratycznymi jeśli kandydat na prezydenta nie zostanie nim jeśli nie będzie miał aż kilkaset milionów dolarów na kampanię wyborczą? Pieniądze te dają mu wielkie korporacje i w ich interesie - a nie w interesie narodu amerykańskiego - rządzi każdorazowy prezydent amerykański (SBS Radio 22.4.2003). Bardzo wpływe było i jest lobby przemysłu zbrojeniowego. I to ono pchało i pcha Biały Dom do licznych wojen i przyczyniło się do tego, że każdy Amerykanin ma prawo posiadać broń, włącznie z karabinami maszynowymi! Dlatego tylu Amerykanów ginie każdego dnia przy użyciu broni palnej. - Jeśli to jest demokracja, to bardzo zwyrodniała!
Ratuje nas tylko to, że w tzw. demokracjach zachodnich mimo wszystko
można względnie swobodnie żyć i działać. Ale
jednak tylko względnie - do pewnych, akceptowanych przez naszych władców,
granic. Ostatnio naszą wolność słowa ogranicza tzw.
“political correctness” czyli
poprawność myślowa (np. Julia
Gillard “Political correctness, John Howard-style” The Age 13.3.2003).
Najbardziej demokratycznym państwem na świecie jest prawdopodobnie Szwajcaria. Tam referendum decyduje o wyżnych decyzjach rządowych.
My, Australijczycy, o podobnym systemie władzy państwowej możemy tylko marzyć.
Marian Kałuski