Zgłosił
się do mnie mój 66-letni Przyjaciel. Zbyszek, po długich latach
pobytu w Kanadzie, postanowił umieścić „w dobrym banku i w
dobrym państwie” oszczędności swojego życia. Wyszło
mu, iż takowym jest Księstwo Liechtenstein (Fuerstentum
Liechtenstein). Nie zastanawiając się długo (mus to mus) wywlokłem
samochód z garażu i ruszyliśmy w 40-godzinną podróż tam i
z powrotem. „A com widział i com słyszał- zaraz wszystko Wam
opowiem.”
Praska
obwodnica, czyli „Okruh”. Generalnie Czesi są fatalnymi kierowcami. Od
razu widać, że dopiero niedawno zamienili „Skody” MB 1000 na „Felicie”
i wielgachne „Octavie”. Co chwilę notujemy stłuczki i widok
spoconych sprawców drapiących się kretyńsko po karku .Mają
miny takie, jakby ktoś narobił im na głowę. Zresztą te
czeskie rozwiązania
komunikacyjne... W takim na przykład Pilźnie międzynarodowy
tranzyt prowadzi przez sam środek miasta- wśród trolejbusów, tramwajów
i żwawo pomykających między śmietnikami Cyganów. I to ma być
sławna stolica piwa? Zresztą mijane miejscowości w południowych
Czechach nie nastrajają optymistycznie. Mnóstwo ruder i odrapanych budynków.
Doprawdy nasza przaśna Kotlina Kłodzka przedstawia się niewiele
gorzej.
Granica
czesko-niemiecka w Furth im Wald (Bawaria). Czesi, Niemcy i Austriacy bez
sprawdzania paszportów przekraczają zonę. My oczywiście
zostajemy odprowadzeni przez niemieckiego „chłopka-roztropka” o wyglądzie
gnoma(dosłownie: reaktywowany towarzysz Babiuch) na boczek i starannie „skipiszowani”.
Nie oszczędził nawet mojej osobistej butelki z wodą mineralną.
Bawar otworzył ją i powąchał. Sherlock Holmes się
znalazł! Przechodzący obok turysta czeski
podpowiada mu w łamanej niemczyźnie: „Polacy-przemytnicy”.
Wielkie dzięki bracie- Słowianinie. Chyba z tym Zaolziem nie miałem
racji...
Prujemy
przez Niemcy do Lindau nad Jeziorem Bodeńskim. Przy pięknym słońcu
niemieccy „drajwerzy” zachowują się dzielnie niczym żołnierze
Waffen-SS na froncie wschodnim. Gdy jednak w Alpach zapada zmrok - dostają
kociokwiku. Są groźniejsi od wspomnianych Prażan. Nie wiesz kiedy
przyśpieszą, a kiedy raptownie zahamują. Ogarnia ich strach-
najgorszy doradca powożącego autem. „Niemcy to parówa, piwo, beknięcie i schemat”- komentuje Zbyszek.
Ścinamy
Austrię i wjeżdżamy nocą na granicę z Liechtensteinem.
Na budynku powiewają dwie flagi: Księstwa i Szwajcarii (Liechtenstein
jest w unii celnej z Helwecją). Turyści przemykają jeden po
drugim. Nas szwajcarscy celnicy odstawiają na prawo i za chwilę
zaczyna się „rock and
roll”. Zdejmują dekle z kół, odchylają siedzenia, łamią
plastikową „wajchę” przy przednim fotelu, rozrywają-podobno
nieumyślnie- tapicerkę. Podchodzę do Zbyszka chcąc pomóc mu
wyjąć torbę z samochodu. Gdzie tam- nie wolno. Szwajcar pcha mnie
na pobliski stolik i warczy: „stój gdzie teraz stoisz.” Jego uwagę
przykuwa mały odważnik wiszący na plastycznej lince. To pamiątka
Zbyszka z kanadyjskich czasów służąca samoobronie. Celnik rozhuśtuje
żelazny przyrząd nad naszymi głowami. Gdyby urwał się i
trafił postronną osobę byłoby nieszczęście. Czy
potomkowie Wilhelma Tella są kretynami? Wreszcie nakazują odjechać.
Nie, nie łapsy. Powoli pakujemy rozbebeszone rzeczy do samochodu.
Ostentacyjnie sprawdzam zawartość przeszukiwanego wcześniej
portfela. „Coś nie tak?”- pyta Szwajcar
w ledwie zrozumiałym niemiecko-helweckim bełkocie. „ O.K.,
ale wolę się upewnić, że mi nic nie zginęło”-
odpowiadam po angielsku. Taka mała polska zemsta.
Po
15-20 minutach wjeżdżamy do stolicy Księstwa- Vaduz. Naszą
bazę wypadową instalujemy na stacji benzynowej tuż przy „Książęcej
Winnicy” reklamującej „Sommerwein”. Miasteczko jest urokliwe. Piękne
domki otoczone ogródkami, na dachach powiewają flagi państwowe. Wokół
Alpy- majestatyczne, w wyższych partiach częściowo ośnieżone.
Jeden ze szczytów przypomina nam Giewont. Krajobraz bajkowy. Od 4 do 8 rano kręcimy
się po sterylnych uliczkach. Naszą uwagę przykuwa książęcy
zamek. Nocą, oświetlony, prezentuje się wspaniale. Za dnia straszą
jego odrapane mury. Ale i tak widać kto tu rządzi. Książę
Hans Adam z wysokości zamkowej góry spogląda na swoich lilipucich
poddanych.
Po
otwarciu banków udajemy się na Herrengasse. Zbyszek, kuty na cztery nogi,
prowadzi rozmowy z bankowcami na temat założenia konta, przelewu przez
bank jego kanadyjskiej emerytury itd. Ci jednak przede wszystkim pragną się
dowiedzieć dlaczego chce w ich banku złożyć pieniądze,
skąd je ma , gdzie pracował, czy płaci podatki. Przesłuchania
mają czysto policyjny charakter! Przyjaciel po wyjściu z ostatniego
banku jest zniesmaczony. „Potraktowano mnie jak szmatę, bo jestem
Polakiem”- stwierdził. „Niech się wypchają, tym bardziej,
że oprocentowanie jest do niczego”- dodał z lekką pogardą.
Cóż,
ostatnie spojrzenie na Księstwo i liechtensteinskie dziewczyny (niemal
wszystkie są zmodyfikowane genetycznie; widać po gabarytach, że
wysysają czekoladę „Milkę” wraz z mlekiem matki) i w drogę.
Sytuacja się powtarza. Chamscy celnicy, „drugokategoryjne” traktowanie.
Na czeskiej granicy gruba jak szafa grająca urzędniczka pyta nas czy
mamy „zbożi”. ”Nie mamy, bo proszę pani zboże już upłynnili
nasi niezawodni posłowie”- dowala jej Zbyszek. „Fajna ta twoja Europa ,
nie ma co. Albo idioci albo policjanci” – zauważa filozoficznie. Było
pozostać w Kanadzie Zbyszku, oj było...
Dariusz Ratajczak