MIT TCHÓRZLIWEGO GIUSEPPE

29 maja 2000 r. Richard Owen z „ The Times of London”, niemal dusząc się ze śmiechu, donosił, iż włoski elitarny pułk piechoty górskiej miast udać się na ćwiczenia NATO w Kristiansand (Norwegia), wylądował na lotnisku Kristianstad w Szwecji, która – tak się składa – jest państwem neutralnym. Za chwilę oniemiali szwedzcy urzędnicy imigracyjni mieli okazje podziwiać dorodnych mężczyzn  noszących na głowach piękne alpejskie kapelusze przybrane bujnymi piórami. Komentarze - jak cywilizowany świat długi i szeroki- były więcej niż ironiczne: „pewnie nie spodobały im się norweskie dziewczyny”; „ to jednak postęp, bo rzymskie legiony nie dokonały inwazji Skandynawii; „ dajcie im przynajmniej pizzę na kredyt”.

Dużo wcześniej, pod koniec lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku, poczytne pismo „Widnokręgi” przedrukowało żarciki na temat Europejskiej Wspólnoty Gospodarczej. Podług dowcipnisiów za zachodnio-europejską flotę handlową odpowiadają Luksemburczycy, kuchnia znajduje się w gestii Brytyjczyków, a ważna materia obrony Europy przypada „dzielnym” Włochom. Po prawdzie i ja – oglądacz „ Giuseppe w Warszawie”, „ Jak rozpętałem II wojnę światową” tudzież słuchacz wykładów docenta S., specjalisty od  podbojów kolonialnych (włoska Afryka Wschodnia!)- nie jestem bez winy. Jakieś dwadzieścia lat temu oceniałem wygląd kolegi- studenta, który po intensywnie spędzonej nocy w akademiku, rankiem dnia następnego, wytargany niczym kundel bury, nie zapomniał włożyć przepisowych śnieżno- białych kalesonów od mamusi. „ Nic ci nie pomoże, wyglądasz, jak włoski oficer po wyjściu z <tingel-tanglu> lub innego <bordello>- szydziłem.

Przyczyna owych anty-włoskich docinków i ironicznych uwag przechodzących w mniej śmieszną pogardę wiąże się z II wojną światową, a konkretnie z rzekomo fatalną postawą włoskich żołnierzy na kilku frontach tejże. Dla tzw. większości sprawa jest jasna: już wcześniej podejrzewani o militarne niedołęstwo Włosi (szokująca klęska pod Aduą w starciu z Etiopczykami uzbrojonymi w dzidy, nierozstrzygnięte boje z rozsypującymi się Austro-Węgrami podczas I wojny światowej, nieszczególne osiągnięcia włoskich ochotników w rozdartej wojną domową Hiszpanii) tym razem skompromitowali się ostatecznie. Wojowanie leży poza sferą ich charakteru narodowego. „Makaroniarze” i żołnierka? Szkoda mówić; nie przełamali linii obronnych Francuzów w Alpach, chociaż przeciwnik był już rozłożony na czynniki pierwsze przez Wehrmacht (czerwiec 1940 r.), dostali łupnia od, pożal się Boże, Greków w Epirze (jesień 1940), szli jak barany do brytyjskiej niewoli w północnej Afryce, stanowili prawdziwe utrapienie dla Niemców walczących na froncie wschodnim...

Sprawa, jak to w życiu bywa, jest jednak bardziej skomplikowana. Myślę, że o klęskach włoskich w czasie II wojny światowej decydował nie tyle brak woli walki u żołnierzy, co żałosne, fatalne, wołające o pomstę do Nieba „przygotowanie” kraju do wojny. Niewątpliwie osobistą odpowiedzialność za ten stan rzeczy ponosi Benito Mussolini. Włoski dyktator, patologiczny „tromtadrat”i beznadziejny ignorant w sprawach wojskowych, już we wrześniu 1939 r. wezwał do mobilizacji państwowych „Forze Armate”. Chodziło o dwufazowy plan określony przez niego mianem mobilizacji „ 8 Milionów Bagnetów”. Cóż z tego, ze w maju 1940 r. plan formalnie wykonano wystawiając 8 armii/ 24 korpusy/ 68 dywizji, skoro do wojny weszły jednostki słabo wyposażone, posiadające nierzadko broń z okresu I wojny światowej?!

Solidny znawca tematu, p. Bartłomiej Ligęza, wyliczył na przykład ( pomijam dane dotyczące włoskiej marynarki wojennej oraz lotnictwa), iż 10 czerwca 1940 r. włoska armia dysponowała jedynie 200 przestarzałymi czołgami (cieniutkie opancerzenie, zawodne silniki). Jak na państwo pretendujące do roli siódmego mocarstwa był to czysty skandal. Dla porównania Rosjanie mieli w tym czasie 20 tysięcy tanków, Niemcy 2,5 tys. w jednostkach bojowych, Brytyjczycy 900, a Japończycy (stawiający z oczywistych względów na lotnictwo i marynarkę wojenną) 1 tys. Nawet Polska w 1939 r. dysponowała 211 czołgami, zaś maleńka Czechosłowacja rok wcześniej- 350. Co więcej, w czasie wojny (do 1943 r.) cała włoska produkcja czołgów zbliżyła się do 3,5 tysiąca. Tymczasem Związek Sowiecki wyprodukował 70 tys. samych tylko T-34!!!

Jakość prowadzenia działań wojennych wywoływała mdłości. Panował pełny chaos organizacyjny, żałośnie zawodziło włoskie wyższe dowództwo, sztaby, logistyka. Nadto do wszystkiego wtrącał się głupi, arogancki Mussolini. Jak na przykład- kontynuuje Ligęza- „Duce” wyobrażał sobie wykorzystanie włoskich czołgów z Dywizji „Centauro” jesienią 1940 r. w północnej Grecji ? Ano kazał im przebijać się przez grecką obronę w dzikich, wysokich, bezdrożnych górach. To naprawdę nie były łagodne belgijskie Ardeny- bardziej wzgórza niż prawdziwe góry. Jak zamierzał okryć chwałą oręż włoski dysponując jedynie trzema dywizjami pancernymi działającymi pojedynczo na oddalonych od siebie frontach? To była zbrodnia na kraju i ludziach; zbrodnia będąca wynikiem osobistego zarozumialstwa i bufonady włoskiego dyktatora. Ileż mądrzejszy, bo przewidujący był Francisco Franco, który nie wplątał ojczyzny w wojnę. No, ale Hiszpan był trzeźwo myślącym reakcjonistą, nie zaś egoistycznym lewicowcem- rewolucjonistą gotowym poświęcić wszystko i wszystkich dla dodania sobie chwały.

Nie wiem, czy Włosi są świetnymi żołnierzami (zapewne ustępują dyscypliną Niemcom, brawurą Polakom, wytrzymałością Rosjanom, spokojem Brytyjczykom), należy jednak rozwiać kilka mitów związanych z ich zachowaniem się na tak różniących się od siebie frontach ostatniej wojny ; mitów tworzonych  przez Aliantów i- może przede wszystkim- Niemców. Dokładniej niemieckich generałów, gdyż sam Adolf Hitler słusznie uważał, że Włosi będą pełnowartościowymi żołnierzami dopiero wtedy, gdy otrzymają lepszy sprzęt. Zresztą oferował pomoc, ale jego zalecenia często ignorowali niemieccy wojskowi („szkoda fatygi”), natomiast „honorowy” Mussolini nie chciał jej przyjąć.

Niemniej jednak niektóre włoskie jednostki, nieźle, pomimo wskazanych trudności, uzbrojone i okrzepłe w bojach walczyły twardo, ofiarnie. Włosi bardzo dobrze spisali się pod El Ghazala w maju 1942 r. To oni właśnie- o czym Niemcy zapominają- umożliwili zorganizowany odwrót „Afrika Korps” Rommla spod El- Alamein. Zapłacili za to straszliwą cenę: Dywizja Pancerna „Ariete” została unicestwiona. Nadto w Tunezji (zima-wiosna 1943) całkiem sprawnie poczynała sobie wspominana już Dywizja Pancerna „Centauro”.

Osobnego potraktowania wymaga udział „tchórzliwych” Włochów w walkach na froncie wschodnim. Otóż w lipcu 1941 r. utworzono „ Corpo de Spedizione Italiano in Russia”- CSIR złożony z Dywizji „Torino”, 9. Divisione Fanteria- Autotrasportabile „Pasubio”, 3. Divisione Celere „Principe Amedo Duca D’Aosta” oraz Legionu Czarnych Koszul “Val Tagliamento”. CSIR wziął udział w kampanii w Mołdawii i na Ukrainie latem 1941 r., zajmując przemysłowy okręg Doniecka. Korpus pomagał w okrążeniu i pojmaniu 100 tysięcy żołnierzy sowieckich w Pierwomajsku, 12 września 1941 r. forsował Dniepr, a od jesieni tego roku do połowy 1942 toczył walki obronne w pobliżu Stalino, Gorłowki i Rykowa na wschodzie Ukrainy. Zimą 1941/1942 Włosi cierpieli straszny niedostatek, gdyż niemieckie dostawy sprzętu dziwnie ich omijały. Pomimo tego wcale nieźle sobie poczynali. 25 grudnia 1941 r. Rosjanie przeprowadzili dużą ofensywę zwaną przez Włochów „Bitwą Świąteczną”. Powstrzymali ją i ustabilizowali front. Podczas starć 81. Pułk Piechoty z Dywizji „Torino” przeprowadził błyskotliwą akcję defensywną pod Nową Orłowką.

W lipcu 1942 r. CSIR stał się 35. Korpusem Włoskiej 8. Armii (na front przybyły dodatkowo trzy dywizje alpejskie). Cała 8. armia zajęła pozycje obronne na Donie na północny- zachód od Stalingradu. Jej sektor nie był celem wielkiej listopadowej ofensywy sowieckiej, która przypieczętowała los Niemców pod Stalingradem. Jednak 16 grudnia potężny atak Armii Czerwonej rzeczywiście zmiótł linie włoskie. W ciągu kilku godzin włoskie jednostki rozpadły się. Pozostali przy życiu żołnierze rozpoczęli odwrót. Był to początek straszliwej, prowadzonej w ekstremalnym zimnie epopei. Jednak nawet wtedy potrafili boleśnie kąsać nieprzyjaciela. Resztki „Torino” stoczyły 2 bitwy. Pod wioską Arbuzow, w „Dolinie Śmierci” (22-24 grudnia 1942 r.), Włosi i Niemcy wpadli na pierwszą linię otaczających ich Rosjan. Włosi poprowadzili heroiczne natarcie na bagnety, dosłownie wyrąbując korytarz umożliwiający dalszą ucieczkę. Drugie starcie miało miejsce pod Czertkowem. Dzięki postawie ocaleńców z „Torino” znowu wydostano się z okrążenia.

To były straszne dni i tygodnie. W przejmujący sposób opisał je Eugenio Corti w książce pod wymownym tytułem: „Few Returned: Twenty-Eight Days on the Russian Front, Winter 1942-1943”, University of Missouri Pr. 1997 ( wcześniej, bo w 1947 r. ukazała się we Włoszech pt: „Piu non ritornano”). Autor był 21- letnim podporucznikiem w Dywizji „Pasubio”. Według niego odwrót wywołany ofensywą rosyjską zamienił się w horror. Przeraźliwe zimno (do – 45 stopni Celsjusza), ciągłe ataki nieprzyjaciela, wycie katiusz, arogancja ze strony Niemców (obiektywnie jednak młody oficer nie odmawia im dyscypliny i kompetencji, które pozwoliły mu przeżyć). Pisze: „ Bezcelowym było uczynić dalszy wysiłek: przestaliśmy być armia; nie poprzestawałem już z żołnierzami, lecz ze stworzeniami niezdolnymi kontrolować się, podporządkowanymi teraz jednemu zwierzęcemu instynktowi samoocalenia (tłum. własne)”. Corti, gorliwy katolik, rejestruje jednak pojedyncze akty bohaterstwa i bezinteresownego człowieczeństwa.

 Z 30 tysięcy żołnierzy 35. Korpusu do Czertkowa dotarło 8 tysięcy. Za chwilę ponownie znaleźli się w okrążeniu. Z kotła wydostała się połowa... Trudno czyta się takie lektury. Człowiek niemal fizycznie czuje ból, zimno, zmęczenie. Ciężko przychodzi również zrozumieć postępowanie Rosjan względem pojmanych żołnierzy włoskich, których trudno byłoby uważać za okrutników. Leon Degrelle w swoim „Froncie Wschodnim 1941-1945- wspomnieniach” (Degrell’a można nie lubić, ale książka jest wspaniała) tak o tym pisze:

„... Sowieci szczególnie nie cierpieli Włochów. Nienawidzili ich bardziej niż Niemców. Zawsze traktowali ich na froncie wschodnim ze szczególnym okrucieństwem. Za jednym zamachem zajęli trzy wioski (...). Jeńcy zostali doprowadzeni w pobliże studni i rozebrani do naga. Kozacy nabierali lodowatą wodę do wielkich wiader i rycząc ze śmiechu, oblewali nią swe ofiary. Było trzydzieści, trzydzieści pięć stopni poniżej zera. We wszystkich trzech wioskach nieszczęśni jeńcy umierali, zamarzając żywcem”.

Do tego doprowadziła bezrozumna polityka Benito Mussoliniego. Miast mitycznego Nowego Imperium Rzymskiego- śmierć, zniszczenie, utrata Fiume (Rijeki), masowe deportacje Włochów z Istrii, straszliwe bombardowanie  wiernej  dalmatyńskiej Zary (Zadaru), niepewny los Triestu... I niesprawiedliwe, ale powszechne i ugruntowane przekonanie o wrodzonym tchórzostwie „makaroniarzy”...

DARIUSZ RATAJCZAK

Wróć do spisu treści